Kenya: News From Fr. Ken Forster O.M.I.

By | Missions Stories

May 19/2002

I have been very busy trying to get ready to leave. Besides the regular things that come up I have had some unexpected situations. Yesterday, I had organized that Sholto would celebrate a home anniversary Mass but he took Mario down to Nkubu to see a doctor, and was about an hour and a half late returning so I felt I should go to the home for Mass. I took the Motorbike hoping that the weather might hold. No luck. Partway in the Mass it started to pour. We were celebrating outside so we had to move inside a little house and pack like sardines. Then had to leave the motorbike locked in the Church and walk up. I arrived in about an hour and a half just as it was getting dark. My gortex coat worked well but I was completely wet on my pants and, as well, my shoes and rubbers were waterlogged. Took a shower and got into something dry.

Then chapter two. A family from Igandene arrived at the door looking for assistance. They had a very ill child and the medication was not working well. Pneumonia they thought. As she is the community health nurse form the dispensary in Igandene, I presumed her judgment must be right and the child must be taken to the hospital that night. The roads are horrendous at this time when it has not had a chance to dry. Anyway, I grabbed a bowl of Kitheri (Beans, Maize) and then headed down with them. It was raining lightly but I managed slowly to keep on the road and reach the blacktop. I waited about an hour for the child to be treated. By then it was coming down in buckets. Very few people on the road to help you (not like during the day). Well, I think I drove as well as anyone could and managed the first half of the journey quite well, keeping the vehicle out of the crevices created by running water and the ruts of the lorries. I thought when I managed to make the hill near Ngongo I was going to succeed. Not so. I even managed to pass another stalled vehicle with only a foot to spare from a good ditch just missing his mirrors, but then the inevitable happened. Coming up another hill trying to direct the truck between a ditch and a crevice, I got sucked into the crevice – actually, a stream flowing down the middle of the road. That was it. With help from three fellows, waiting and spinning for an hour and a half, one hundred shillings less as gift to the workers, I managed to get through that hole. I arrived back at midnight. Then I tried to take the woman back down to Igandene. Got about halfway down and met another truck on the road stuck. So, I left her and her husband off there and found a place to turn around and came back up on my own.

I arrived to an empty house, with the lights on. Mario had been resting after getting medication from the doctors. He woke up and found I had not returned so woke up James and went by foot down to Igandene thinking I had gone there. (I had gone to Nkubu) The phones were out with the weather so I waited for an hour or so, had a shot of rye, and went to bed thinking that he would have seen Patricia by now and she would have told him I had arrived home safely. I thought he might have stayed down there for the night. I was zonked and never heard him when he arrived at two a.m.

Why bother bungee-jumping, white water rafting, etc? Come to Kenya during the rainy season.

Greetings, Fr. Ken, OMI

Powrót na Czerwoną Wyspę

By | Missions Stories

Urodziłem 14. Marca 1966 w Nowym Mieście Lubawskim. Ukończyłem tam również szkole podstawową, a następnie wstąpiłem do Niższego Seminarium duchownego w Markowicach. Nowicjat odbyłem w Kodniu nad Bugiem, a następnie rozpocząłem studia filozoficzno-teologiczne w Obrze.  Tam kształtowało się moje powołanie kapłańsko-misjonarskie. Po święceniach, mając już obediencję na Madagaskar,  pracowałem jako wikary w Kędzierzynie Koźlu, a następnie wyjechałem w 1994 roku na naukę języka francuskiego do Paryża. 08 sierpnia 1995 roku wylądowałem na Czerwonej Wyspie Madagaskar, co było spełnieniem moich misjonarskich marzeń.

Na początku nauka języka malgaskiego a następnie moja pierwsza misja, to Marolambo, położone w pięknym górzystym terenie, gdzie pracowałem w buszu pośród plemienia Betsimisaraka. Byłem potem superiorem i ekonomem tej misji.

Następnie  praca pośród rybaków w Apostolacie Morza, 5 lat.  Odwiedzanie wiosek rybackich, animacja rybaków i marynarzy. Praca z dziećmi i młodzieżą. Następnie przez trzy lata byłem jako proboszcz w Parafii Notre Dame de Lourdes. Największa parafia w dużym mieście portowym Tamatave. Parafia bardzo dobrze zorganizowana pod względem animacji świeckich aby brali udział w odpowiedzialności za życie tej dużej społeczności parafialnej.

Po tym doświadczeniu pastoralnym został zamianowany Superiorem Delegatury na Madagaskarze, funkcję tę pełniłem 6 lat. Był to czas pełen rozwoju i doświadczeń. W tym czasie otworzyliśmy misje na La Reunion (Departament Francji) oraz misje świętego Jana  Pawła II w diecezji Morondava.

W 2015 roku, po ukończeniu funkcji Superiora Delegatury wyjechałem do Polski aby przeżyć rok sabatyczny. Czas potrzebny, aby naładować „akumulatory” po 20 latach pracy na Madagaskarze. Odbyłem w tym czasie swoje doświadczenie duchowe w kolebce naszego Zgromadzenia w Aix en Province.

Od 16 kwietnia 2016  wróciłem na moją Czerwona Wyspę.

Po roku nieobecności na Madagaskarze zauważyłem dużą degradację tego pięknego kraju. Doskonale i trafnie wyrażają swoją opinię biskupi malgascy, którą to opinię  pozwolę sobie poniżej przytoczyć:

“Dramatyczną sytuację Madagaskaru przedstawił episkopat tego kraju na zakończenie swych obrad plenarnych. Biskupi z niepokojem zauważają szerzącą się przemoc, zakłamanie i zubożenie społeczeństwa. Zwracają uwagę na sytuację zwykłych obywateli pozostawionych własnemu losowi, częste porwania i egzekucje, a przede wszystkim zagrożenie suwerenności państwa.

Malgascy hierarchowie wskazują na niezdolność rządzących do rozwiązywania problemów, coraz to bardziej widocznych i niszczących ich kraj. Szczególną uwagę skupiają na wciąż rozpowszechnioną korupcję, zwłaszcza w zarządzaniu narodowymi bogactwami naturalnymi. Chodzi tu między innymi o nielegalne wykorzystywanie drewna różanego, złota i innych kamieni szlachetnych. Skarżą się na brak odpowiednich przepisów prawnych oraz poszanowania dla legislacji i wartości społeczeństwa Madagaskaru, „sprzedawanych” w zamian za nielegalne zyski, przy czym „ludność jest okłamywana”.

Podobny apel w sprawie tej plagi malgaski episkopat wystosował już w ubiegłym roku. Zwrócono wówczas uwagę na szerzenie się „kultury korupcji”, oszustwa wyborcze oraz używanie kłamliwych informacji, by aresztować obrońców wolności, co podważa autorytet państwa.”

Jestem na naszej wyspie kilka miesięcy, a już doświadczyłem tej atmosfery wewnętrznego kryzysu i pogłębiającej się biedy. Po moim powrocie z urlopu sabatycznego po kilku dniach pobytu w stolicy, wyruszyłem w kierunku mojej przyszłej diecezji Morondava, gdzie mam pracować.  Ze stolicy Antananarivo wyjechaliśmy o 05.00 rano aby przebyć 650 km. Zrobiliśmy to w 12 godzin – i tak nieźle jak na stan drogi. Kiedy instalowałem się w naszej już istniejącej misji pod wezwaniem świętego Jana Pawła II , powoli otwierały mi się oczy na sytuację w tym kraju.

Kiedy odwiedzałem chorych w szpitalu, gdzie oprócz lóżka trzeba wszystko ze sobą przynieść, prześcieradło poduszkę ręcznik itd., spotykałem różnych chorych.  Byli chorzy na malarie, na tyfus, na bilarzioze i inne choroby. Ale spotykałem na chirurgii ludzi postrzelonych kulą z broni palnej. To świadczy o napadach z brania palna w regionie.

Podszedł do mnie ojciec 15-letniego chłopaka, proszący o pieniądze na leki po wyciagnięciu kuli z ramienia syna. Został postrzelony przez dahalu (tak nazywają się bandyci), którzy napadli na ich spichlerz ryżowy, a chłopak bronił dobytku. Madagaskar staje się bardzo niebezpieczny, gdyż ci którzy nim zarządzają nie dbają  o bezpieczeństwo obywateli.

Następnym etapem była podróż do naszej przyszłej misji Befasy, prawie 50 km od Morondava, gdzie obecnie mieszkam.  Pojechaliśmy z ojcem Adamem Szulem, ekonomem naszej Delegatury wynajętym samochodem. Prawie 4 godziny drogi piaskami i trzeba się przeprawić przez szeroką rzekę Kabatomena. Można ją przejechać samochodem terenowym tylko w okresie suchym. Trzy miesiące w roku droga jest nie przejezdna z racji wysokiego stanu rzeki.

Pierwsze wrażenia po przybyciu do miasteczka Befasy (bo to jest miasto !!!), było nieciekawe, społeczność liczy prawie 800 osób. Miasteczko brudne, domy niezadbane, nie ma zieleni, drogi piaskowe,  budynek szkoły publicznej bez drzwi, okien i ławek – ponoć wszystko ukradziono ! Ludzie mówią, ze złodzieje biorą się za sufit !Mimo to widać budynek żandarmerii, brudny i zaniedbany. Jest tez merostwo, budynek szpitalny – widok nieciekawy. Ludzie mówią że czasem pojawia się lekarz. No i wreszcie zbliżamy się do misji, do Kościoła, a raczej do jednego budynku, murowanego, dość dużego, częściowo się rozwalającego. Nie ma domu misjonarskiego, oczywiście oprócz domu bożego wymagającego gruntowego remontu.

Patrząc na to wszystko wstępuje we mnie misjonarski optymizm, kiedy przed Kościołem widzę figurkę św. Tereski od Dzieciatka Jezus, ustawioną na kilku kamieniach. To ona nas Oblatów wita na swoich włościach i zaprasza do pracy misyjnej, a wiec jest już dobrze, to miejsce jest dla Misjonarzy. Przecież Oblaci są stworzeni do misji najtrudniejszych ! Kiedy widzę mrowie dzieci wychodzących z budynku, który nazwałem Kościołem, mój optymizm się potęguje. Dzieci to przecież przyszłość misji, a więc jest w kogo inwestować.  Kiedy wspólnie z ojcem Adamem Szulem, naszym ekonomem prowincjalnym,  weszliśmy do środka budynku, zobaczyliśmy kilka pomieszczeń, które były klasami dla dzieci. Pomieszczenie, które było z ołtarzem i tabernakulum, również było klasa szkolna. Dzieci u Pana Jezusa, nic dodać, nic ująć ! Prezbiterium od reszty Kościoła było oddzielone  jakąś firanką.

Kolejne zaskoczenie, a jednocześnie wyzwanie to właśnie ta szkoła. Totalny prymityw, połowa dzieci w pomieszczeniach nie ma ławek ani biurek szkolnych, tylko piszą na półleżąco na posadzce, może to styl rzymski ? Ale oczywiście dzieci są radosne i uśmiechnięte – chodzą przecież do szkoły nie tak jak inne dzieci, których na to nie stać. Dlaczego nie stać ?  Rodzice nie są w stanie zapłacić parę groszy za naukę, a do tego trzeba kupić przybory szkolne, jakieś ubranko i inne rzeczy.

Kiedy odwiedzamy kolejne klasy, zauważyłem, ze jeden nauczyciel prowadzi w tym samym czasie dwie klasy. Znowu pytanie dlaczego ? Odpowiedź jest prosta, ludzi nie stać na zatrudnienie więcej nauczycieli. Niesamowite ! Na dzień dzisiejszy szkolą ma 3 nauczycieli i jest prawie 150 dzieci, od zerówki do 4 klasy.

Od razu planujemy zrobienie ławek i stolików dla dzieci, ale oczywiście nie w tym miasteczku, tylko w Morondava. Tu na miejscu chętnych na zrobienie byłoby dużo, ale trwałość tego sprzętu na pewno byłaby ograniczona. Ale pojawiła się kolejna myśl, aby w przyszłości  pomyśleć o malej szkole stolarskiej, tym bardziej, że drzewa w tym regionie jeszcze troszkę pozostało. Wszystkich drzew nie wypalono, niestety taka jest gospodarka wyniszczania lasów, aby mieć żyzną ziemie na uprawy.

Najbardziej popularnym środkiem lokomocji w tym regionie są byki zaprzęgnięte do dwukółki. Drogi są piaskowe, a wiec ten typ lokomocji ekologicznej najbardziej się sprawdza. Aby się przemieszczać od wioski do wioski, misjonarze często korzystają z tej „Toyoty” o mocy dwóch byków mechanicznych o napędzie naprawdę ekologicznym. Na razie tez nie mam środka lokomocji a wiec już się zaprawiam i robię prawo jazdy na byczym zaprzęgu. Za którym podejściem zdam, poinformuje w następnym artykule !

W Niedziele Zesłania Ducha Świętego 2016 roku biskup diecezji Morondawa Marie  Fabien Raharilamboniaina  (fajne nazwisko co ? ) oficjalnie ogłosił, ze Oblaci zaczną organizować nową misję od 27 listopada 2016. Do tego czasu będziemy przygotowywać potrzebne sprzęty i szukać funduszy na budowę domu misjonarskie, szkoły a następnie małego szpitala. Do tego czasu będę mieszkał w naszej misji w Morondava, którą otworzyliśmy trzy lata temu wspólnie z Prowincja Wniebowzięcia w Kanadzie. Misja jest pod wezwaniem naszego Kochanego świętego Jana Pawła II.

Zachęcam do naszego wspólnego budowania misji w Befasy. Niech to będzie gest  solidarności  w tym Roku Bożego Miłosierdzia z ubogimi na Madagaskarze.

 

  1. Marek Ochlak, omi

Misjonarz z Madagaskar