All Posts By

Adam

Janina Rajchel – Serdecznie gratulacje naszym Drogim Misjonarzom

By | Testimonials

Serdecznie gratulacje naszym Drogim Misjonarzom, Oblatom Maryi Niepokalanej z okazji tak pięknego Jubileuszu, 200-rocznicy Waszego Zgromadzenia. Wasze pasterskie posłanie na trud misyjnej posługi, zasługuje na szacunek i najwyższe uznanie, a także na nagrodę, którą wierzymy, dobry Bóg zapewne przygotowal. Dziekujemy za możliwość dzielenia się naszą wiarą, naszą radością, mogę powiedzieć, największym skarbem jaki dała przynależność do naszych oblackich parafii na emigracji. Choć początki były niełatwe, bywało ciężko, nieraz bardzo ciężko, to mogę powiedzieć, przetrwaliśmy dzięki naszym polonijnym wspólnotom, które dawały nam poczucie bezpieczenstwa, sprawiały że choć z dala od bliskich, od kochanej Ojczyzny, to pozwalały poczuć się jak wśród swoich. Zawdzięczamy to przede wszystkim naszym drogim Ojcom Oblatom, których wiara, zaangażowanie w nasze sprawy, w wychowanie naszych dzieci, można powiedzieć czyniły cuda. Przynoszą nieocenione owoce, dzięki którym jesteśmy bliżej Boga, wzrastamy w wierze i miłości do Boga i do siebie nawzajem.

 
W Kanadzie jestem od dwudziestu kilku lat, przyjechałam z dwójkaą malych dzieci do męża, który wyemigrował dwa lata wcześniej. Przez długie lata myśleliśmy o powrocie, widać los zdecydował inaczej. Nigdy nie zapomnę mojej tutaj pierwszej Mszy Świętej w kościele Św. Kazimierza, a było to w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Kościół pełen rodaków, niesamowita atmosfera, piękne polskie kolędy, trudno było powstrzymać łzy ze wzruszenia. Kiedy przeprowadziliśmy się do Mississaugi, czułam że muszę wlączyć się w pomoc tak dużej wspólnoty Św.Maksymiliana, a potrzeby były ogromne. Uzyskałam dyplom katechetki, przez okres dziesięciu lat pomagałam w przygotowywaniu dzieci do Sakramentu Komunii Św. To dawało mi ogromną radość, poczucie spełnionego obowiązku, a też wdzięczności, za to co otrzymowaliśmy od naszej parafii. I choć minęło już trochę lat, nieustannie obejmuję modlitwą moich wychowanków, prosząc aby szli za Jezusem.

 
Wdzieczna jestem Bogu i naszym Ojcom Oblatom, których ofiarna, pełna talentu, zaangażowania praca duszpasterska, można powiedzieć charyzmatyczna wiara, odmieniała z dnia na dzień nasze spojrzenie na życie, uczyła stawiać Boga na pierwszym miejscu. Dziś, po tylu latach, zadaję sobie często pytanie, dlaczego, z jakiego powodu tu jestem i choć trudno znależć jednoznaczną odpowiedż, to wiem na pewno, że dzięki temu, ja i moja rodzina cieszymy się naszą wiarą, często dzielimy się nią z innymi, a też z rodziną w Polsce. Niektórzy sami tego doświadczyli będąc naszymi gośćmi i jak niejednokrotnie stwierdzali…u was, w waszych parafiach można na prawdę uczyć się wiary…byli wsród nich tacy, którzy po latach, przystąpili do Sakramentu Pojednania.
Dumna jestem, z poczucia spełnionego rodzicielskiego obowiązku wobec swoich dzieci, które pokończyły już studia, założyły swoje rodziny, są tak blisko Boga i kościoła. Wiem, że zawdzięczam to przede wszystkim naszym kochanym Ojcom Oblatom, naszym wspólnotom, organizacjom, grupom modlitewnym tak prężnie działającym przy naszych parafiach, za co Bogu z serca nieustannie dziękuję. Dobrem, ktore doświadczyłam dane mi było także podzielić się na łamach Naszego Dziennika i TV Trwam.
W duchu wiary, z potrzeby dzielenia się nią z innymi, wydałam tomik poezji “Moje pielgrzymowanie.”

 
Moje oficjalne podziękowanie, które kiedyś odczytałam na uroczystej Mszy św. w kościele Św.Eugeniusza w Brampton, oddaje to wszystko, co czuje moje serca, a co można wyrazić słowami.
Drodzy Misjonarze Oblaci, umiłowani synowie
Maryi Niepokalanej i nam wszystkim umiłowani.
Trudno znależć slowa by wyrazić wdzięczność
Bogu za Was, za Wasze posłanie na to wielkie żniwo
do naszych polonijnych parafii, naszych rodzin,
za to, że w drodze naszego ziemskiego pielgrzymowania
dane nam jest tu, na kanadyjsiej ziemi, wzrastać duchowo
pod Waszą duszpasterską opieką.
Dziękujemy Wam Kochani nasi Ojcowie
wszyscy i każdy z osobna jak tu jesteśmy
za Waszą oddaną, ofiarną, misjonarską posługę,
za to, że nas wspieracie w naszej codzienności,
że zawsze jesteście blisko naszych problemów, naszych rodzin.
Dziś nie umiemy wyobrazić sobie życia na emigracji
bez Waszej tu obecności, bez Waszej Oblackiej rodziny,
do której dumnie i my teraz przynależymy.
Wszyscy widzimy wspaniale owoce Waszej posługi
tak w gronie naszych rodzin, jak i calej spoleczności polonijnej.
I choć może nie zawsze potrafimy właściwie okazać
należnej wdzięczności, to zapewniamy o pamięci w modlitwie.
Wyrazy uczucia niechaj dopełnią strofy mojego wiersza.
Drodzy Misjonarze Oblaci MN
Dziękujemy Bogu dziś za Was,
za to, że jesteście tu z nami,
że Bog dał Wam łaskę wytrwania,
że rozpoznał Waszą duszę
i tchnął w nią dar powołania.
To Wasze ręce uświęcił sam Bóg
przez nie przepływa Boży Duch,
na oltarz zstępuje, chleb w Ciało zamienia,
wino Krwią się staje,
życie wieczne daje.
Niebo z ziemią łączy, bramy jego otwiera
życie śmiertelne, w wieczność zamienia,
daje ulgę przebaczenia.
To Wy, na krańce ziemi Boga niesiecie
w trudzie i znoju pielgrzymujecie.
To dzięki Wam, człowiek z grzechu powstaje,
nie jest już bezimiennym, Bożym dzieckiem zostaje.
Sługami Stwórcy, świętym darem Boga,
lud wierny Was czci i mianuje,
dzięki ktorym dusza do nieba wstępuje
gdzie Zbawiciel oczekuje.
Gdzie Pan po imieniu zna każdego człowieka
gdzie na nas czeka,
gdzie Króleswo Światła,
gdzie czeka Matka.

Kenya: News From Fr. Ken Forster O.M.I.

By | Missions Stories

May 19/2002

I have been very busy trying to get ready to leave. Besides the regular things that come up I have had some unexpected situations. Yesterday, I had organized that Sholto would celebrate a home anniversary Mass but he took Mario down to Nkubu to see a doctor, and was about an hour and a half late returning so I felt I should go to the home for Mass. I took the Motorbike hoping that the weather might hold. No luck. Partway in the Mass it started to pour. We were celebrating outside so we had to move inside a little house and pack like sardines. Then had to leave the motorbike locked in the Church and walk up. I arrived in about an hour and a half just as it was getting dark. My gortex coat worked well but I was completely wet on my pants and, as well, my shoes and rubbers were waterlogged. Took a shower and got into something dry.

Then chapter two. A family from Igandene arrived at the door looking for assistance. They had a very ill child and the medication was not working well. Pneumonia they thought. As she is the community health nurse form the dispensary in Igandene, I presumed her judgment must be right and the child must be taken to the hospital that night. The roads are horrendous at this time when it has not had a chance to dry. Anyway, I grabbed a bowl of Kitheri (Beans, Maize) and then headed down with them. It was raining lightly but I managed slowly to keep on the road and reach the blacktop. I waited about an hour for the child to be treated. By then it was coming down in buckets. Very few people on the road to help you (not like during the day). Well, I think I drove as well as anyone could and managed the first half of the journey quite well, keeping the vehicle out of the crevices created by running water and the ruts of the lorries. I thought when I managed to make the hill near Ngongo I was going to succeed. Not so. I even managed to pass another stalled vehicle with only a foot to spare from a good ditch just missing his mirrors, but then the inevitable happened. Coming up another hill trying to direct the truck between a ditch and a crevice, I got sucked into the crevice – actually, a stream flowing down the middle of the road. That was it. With help from three fellows, waiting and spinning for an hour and a half, one hundred shillings less as gift to the workers, I managed to get through that hole. I arrived back at midnight. Then I tried to take the woman back down to Igandene. Got about halfway down and met another truck on the road stuck. So, I left her and her husband off there and found a place to turn around and came back up on my own.

I arrived to an empty house, with the lights on. Mario had been resting after getting medication from the doctors. He woke up and found I had not returned so woke up James and went by foot down to Igandene thinking I had gone there. (I had gone to Nkubu) The phones were out with the weather so I waited for an hour or so, had a shot of rye, and went to bed thinking that he would have seen Patricia by now and she would have told him I had arrived home safely. I thought he might have stayed down there for the night. I was zonked and never heard him when he arrived at two a.m.

Why bother bungee-jumping, white water rafting, etc? Come to Kenya during the rainy season.

Greetings, Fr. Ken, OMI

Powrót na Czerwoną Wyspę

By | Missions Stories

Urodziłem 14. Marca 1966 w Nowym Mieście Lubawskim. Ukończyłem tam również szkole podstawową, a następnie wstąpiłem do Niższego Seminarium duchownego w Markowicach. Nowicjat odbyłem w Kodniu nad Bugiem, a następnie rozpocząłem studia filozoficzno-teologiczne w Obrze.  Tam kształtowało się moje powołanie kapłańsko-misjonarskie. Po święceniach, mając już obediencję na Madagaskar,  pracowałem jako wikary w Kędzierzynie Koźlu, a następnie wyjechałem w 1994 roku na naukę języka francuskiego do Paryża. 08 sierpnia 1995 roku wylądowałem na Czerwonej Wyspie Madagaskar, co było spełnieniem moich misjonarskich marzeń.

Na początku nauka języka malgaskiego a następnie moja pierwsza misja, to Marolambo, położone w pięknym górzystym terenie, gdzie pracowałem w buszu pośród plemienia Betsimisaraka. Byłem potem superiorem i ekonomem tej misji.

Następnie  praca pośród rybaków w Apostolacie Morza, 5 lat.  Odwiedzanie wiosek rybackich, animacja rybaków i marynarzy. Praca z dziećmi i młodzieżą. Następnie przez trzy lata byłem jako proboszcz w Parafii Notre Dame de Lourdes. Największa parafia w dużym mieście portowym Tamatave. Parafia bardzo dobrze zorganizowana pod względem animacji świeckich aby brali udział w odpowiedzialności za życie tej dużej społeczności parafialnej.

Po tym doświadczeniu pastoralnym został zamianowany Superiorem Delegatury na Madagaskarze, funkcję tę pełniłem 6 lat. Był to czas pełen rozwoju i doświadczeń. W tym czasie otworzyliśmy misje na La Reunion (Departament Francji) oraz misje świętego Jana  Pawła II w diecezji Morondava.

W 2015 roku, po ukończeniu funkcji Superiora Delegatury wyjechałem do Polski aby przeżyć rok sabatyczny. Czas potrzebny, aby naładować „akumulatory” po 20 latach pracy na Madagaskarze. Odbyłem w tym czasie swoje doświadczenie duchowe w kolebce naszego Zgromadzenia w Aix en Province.

Od 16 kwietnia 2016  wróciłem na moją Czerwona Wyspę.

Po roku nieobecności na Madagaskarze zauważyłem dużą degradację tego pięknego kraju. Doskonale i trafnie wyrażają swoją opinię biskupi malgascy, którą to opinię  pozwolę sobie poniżej przytoczyć:

“Dramatyczną sytuację Madagaskaru przedstawił episkopat tego kraju na zakończenie swych obrad plenarnych. Biskupi z niepokojem zauważają szerzącą się przemoc, zakłamanie i zubożenie społeczeństwa. Zwracają uwagę na sytuację zwykłych obywateli pozostawionych własnemu losowi, częste porwania i egzekucje, a przede wszystkim zagrożenie suwerenności państwa.

Malgascy hierarchowie wskazują na niezdolność rządzących do rozwiązywania problemów, coraz to bardziej widocznych i niszczących ich kraj. Szczególną uwagę skupiają na wciąż rozpowszechnioną korupcję, zwłaszcza w zarządzaniu narodowymi bogactwami naturalnymi. Chodzi tu między innymi o nielegalne wykorzystywanie drewna różanego, złota i innych kamieni szlachetnych. Skarżą się na brak odpowiednich przepisów prawnych oraz poszanowania dla legislacji i wartości społeczeństwa Madagaskaru, „sprzedawanych” w zamian za nielegalne zyski, przy czym „ludność jest okłamywana”.

Podobny apel w sprawie tej plagi malgaski episkopat wystosował już w ubiegłym roku. Zwrócono wówczas uwagę na szerzenie się „kultury korupcji”, oszustwa wyborcze oraz używanie kłamliwych informacji, by aresztować obrońców wolności, co podważa autorytet państwa.”

Jestem na naszej wyspie kilka miesięcy, a już doświadczyłem tej atmosfery wewnętrznego kryzysu i pogłębiającej się biedy. Po moim powrocie z urlopu sabatycznego po kilku dniach pobytu w stolicy, wyruszyłem w kierunku mojej przyszłej diecezji Morondava, gdzie mam pracować.  Ze stolicy Antananarivo wyjechaliśmy o 05.00 rano aby przebyć 650 km. Zrobiliśmy to w 12 godzin – i tak nieźle jak na stan drogi. Kiedy instalowałem się w naszej już istniejącej misji pod wezwaniem świętego Jana Pawła II , powoli otwierały mi się oczy na sytuację w tym kraju.

Kiedy odwiedzałem chorych w szpitalu, gdzie oprócz lóżka trzeba wszystko ze sobą przynieść, prześcieradło poduszkę ręcznik itd., spotykałem różnych chorych.  Byli chorzy na malarie, na tyfus, na bilarzioze i inne choroby. Ale spotykałem na chirurgii ludzi postrzelonych kulą z broni palnej. To świadczy o napadach z brania palna w regionie.

Podszedł do mnie ojciec 15-letniego chłopaka, proszący o pieniądze na leki po wyciagnięciu kuli z ramienia syna. Został postrzelony przez dahalu (tak nazywają się bandyci), którzy napadli na ich spichlerz ryżowy, a chłopak bronił dobytku. Madagaskar staje się bardzo niebezpieczny, gdyż ci którzy nim zarządzają nie dbają  o bezpieczeństwo obywateli.

Następnym etapem była podróż do naszej przyszłej misji Befasy, prawie 50 km od Morondava, gdzie obecnie mieszkam.  Pojechaliśmy z ojcem Adamem Szulem, ekonomem naszej Delegatury wynajętym samochodem. Prawie 4 godziny drogi piaskami i trzeba się przeprawić przez szeroką rzekę Kabatomena. Można ją przejechać samochodem terenowym tylko w okresie suchym. Trzy miesiące w roku droga jest nie przejezdna z racji wysokiego stanu rzeki.

Pierwsze wrażenia po przybyciu do miasteczka Befasy (bo to jest miasto !!!), było nieciekawe, społeczność liczy prawie 800 osób. Miasteczko brudne, domy niezadbane, nie ma zieleni, drogi piaskowe,  budynek szkoły publicznej bez drzwi, okien i ławek – ponoć wszystko ukradziono ! Ludzie mówią, ze złodzieje biorą się za sufit !Mimo to widać budynek żandarmerii, brudny i zaniedbany. Jest tez merostwo, budynek szpitalny – widok nieciekawy. Ludzie mówią że czasem pojawia się lekarz. No i wreszcie zbliżamy się do misji, do Kościoła, a raczej do jednego budynku, murowanego, dość dużego, częściowo się rozwalającego. Nie ma domu misjonarskiego, oczywiście oprócz domu bożego wymagającego gruntowego remontu.

Patrząc na to wszystko wstępuje we mnie misjonarski optymizm, kiedy przed Kościołem widzę figurkę św. Tereski od Dzieciatka Jezus, ustawioną na kilku kamieniach. To ona nas Oblatów wita na swoich włościach i zaprasza do pracy misyjnej, a wiec jest już dobrze, to miejsce jest dla Misjonarzy. Przecież Oblaci są stworzeni do misji najtrudniejszych ! Kiedy widzę mrowie dzieci wychodzących z budynku, który nazwałem Kościołem, mój optymizm się potęguje. Dzieci to przecież przyszłość misji, a więc jest w kogo inwestować.  Kiedy wspólnie z ojcem Adamem Szulem, naszym ekonomem prowincjalnym,  weszliśmy do środka budynku, zobaczyliśmy kilka pomieszczeń, które były klasami dla dzieci. Pomieszczenie, które było z ołtarzem i tabernakulum, również było klasa szkolna. Dzieci u Pana Jezusa, nic dodać, nic ująć ! Prezbiterium od reszty Kościoła było oddzielone  jakąś firanką.

Kolejne zaskoczenie, a jednocześnie wyzwanie to właśnie ta szkoła. Totalny prymityw, połowa dzieci w pomieszczeniach nie ma ławek ani biurek szkolnych, tylko piszą na półleżąco na posadzce, może to styl rzymski ? Ale oczywiście dzieci są radosne i uśmiechnięte – chodzą przecież do szkoły nie tak jak inne dzieci, których na to nie stać. Dlaczego nie stać ?  Rodzice nie są w stanie zapłacić parę groszy za naukę, a do tego trzeba kupić przybory szkolne, jakieś ubranko i inne rzeczy.

Kiedy odwiedzamy kolejne klasy, zauważyłem, ze jeden nauczyciel prowadzi w tym samym czasie dwie klasy. Znowu pytanie dlaczego ? Odpowiedź jest prosta, ludzi nie stać na zatrudnienie więcej nauczycieli. Niesamowite ! Na dzień dzisiejszy szkolą ma 3 nauczycieli i jest prawie 150 dzieci, od zerówki do 4 klasy.

Od razu planujemy zrobienie ławek i stolików dla dzieci, ale oczywiście nie w tym miasteczku, tylko w Morondava. Tu na miejscu chętnych na zrobienie byłoby dużo, ale trwałość tego sprzętu na pewno byłaby ograniczona. Ale pojawiła się kolejna myśl, aby w przyszłości  pomyśleć o malej szkole stolarskiej, tym bardziej, że drzewa w tym regionie jeszcze troszkę pozostało. Wszystkich drzew nie wypalono, niestety taka jest gospodarka wyniszczania lasów, aby mieć żyzną ziemie na uprawy.

Najbardziej popularnym środkiem lokomocji w tym regionie są byki zaprzęgnięte do dwukółki. Drogi są piaskowe, a wiec ten typ lokomocji ekologicznej najbardziej się sprawdza. Aby się przemieszczać od wioski do wioski, misjonarze często korzystają z tej „Toyoty” o mocy dwóch byków mechanicznych o napędzie naprawdę ekologicznym. Na razie tez nie mam środka lokomocji a wiec już się zaprawiam i robię prawo jazdy na byczym zaprzęgu. Za którym podejściem zdam, poinformuje w następnym artykule !

W Niedziele Zesłania Ducha Świętego 2016 roku biskup diecezji Morondawa Marie  Fabien Raharilamboniaina  (fajne nazwisko co ? ) oficjalnie ogłosił, ze Oblaci zaczną organizować nową misję od 27 listopada 2016. Do tego czasu będziemy przygotowywać potrzebne sprzęty i szukać funduszy na budowę domu misjonarskie, szkoły a następnie małego szpitala. Do tego czasu będę mieszkał w naszej misji w Morondava, którą otworzyliśmy trzy lata temu wspólnie z Prowincja Wniebowzięcia w Kanadzie. Misja jest pod wezwaniem naszego Kochanego świętego Jana Pawła II.

Zachęcam do naszego wspólnego budowania misji w Befasy. Niech to będzie gest  solidarności  w tym Roku Bożego Miłosierdzia z ubogimi na Madagaskarze.

 

  1. Marek Ochlak, omi

Misjonarz z Madagaskar

Listy z Boliwii

By | Fr. Adam’s Activity

W tym odcinku chcę przybliżyć jedno ze świąt, które obchodzone jest w Boliwii 1, 2 i 3 maja każdego roku pod hasłem wspólnego świętowania, gdzie scierają się dwie kultury – chrześcijańska i pogańska. Dla katolika z zewnątrz, który przeżywa zwyczaje miejscowe po raz pierwszy, to na co patrzy może być dużym szokiem. Jest to święto przede wszystkim tubylców przybywających z odległych miejscowości, którzy przez trzy dni i dwie noce trwają przy niewielkim kościele, w którym znajduje się duży krzyż. Od niego też wywodzi się nazwa tej miejscowości – Santa Vera Crus. Podobne uroczystości mają też miejsce w innych częściach Boliwii.

Do tej pory wszystko wydaje się normalne i zgodne z naszą chrześcijańską tradycją i zwyczajami; tak przecież katolicy i inni chrześcijanie celebrują odpusty na całym świecie. Jednak przy tym świętowaniu widzimy bardzo dużo elementów obcych naszym chrześcijańskim zwyczajom. Przy niezliczonych straganach rozstawionych kilometrami wokół kościoła można kupić prawie wszystko: żywność, ubrania, przedmioty gospodarstwa domowego, tradycyjne wyroby tubylców, itd. Co natomiast zaskakuje i jest absolutnie różne od naszych zwyczajów to rzeźby (lalki) maleńkich i większych dzieci, rzeźby wszelkich możliwych zwierząt, plastykowe konstrukcje domów; wszystko o co ludzie chcą poprosić Jezusa ukrzyżowanego lub za co Mu podziękować podczas tego święta. Oczywiście, ludzie kupują te wspomniane przedmioty w ogromnych ilościach i niosą je do ołtarza krzyża.

Aby dostać się do krzyża trzeba czekać w niekończących się kolejkach godzinami. To bardzo budujące obserwować tak wielkie tłumy ludzi czekających na jakże osobiste spotkanie ze Zbawicielem. Kiedy w końcu dotrą do ołtarza krzyża, całują stopy Jezusa i dotykają przyniesionymi przedmiotami Jego szaty… . Chcę raz jeszcze podkreślić, że zakupienie postaci niemowląt (szczególnie przez matki mające trudności z poczęciem, lub te, które mają dużo dzieci i proszą, aby już więcej nie poczęły), jest ogromnie ważną sprawą. Podobnie sprawa się ma z przedmiotami dotyczącymi każdej innej dziedziny życia, w tym biznesu, znalezienia pracy, możliwości studiowania, pozycji społecznej, itd.

Podczas gdy jedni czekają w kolejce ze swoimi przedmiotami, inni siadają na pełnym kurzu i nie przystosowanym do siedzenia placu, aby przy świecach czy małym ogniu ze specjalnie przygotowanych węgielków drzewnych – trwać. To ich trwanie nie przypomina w niczym naszego skupienia i modlitwy podczas pielgrzymek. Ludzie z różnych szczepów siadają ze swoimi bliskimi przy płomykach, aby rozmawiać, dzielić się przeżyciami, a niektórzy nawet wspólnie spożywają wcześniej przygotowane czy zakupione potrawy. Przypomnę, że to wszystko dzieje się na placu przed ołtarzem krzyża. Po pewnym czasie znów wstają, idą w kolejkę i oczekują na kolejne spotkanie z Jezusem.

Po dosyć detalicznym przedstawieniu przebiegu uroczystości, czas aby nakreślić szczegóły wierzeń wspomnianych tubylców. Zanim Hiszpanie przybyli na teren Boliwii z wiarą chrześcijańską (1531-1534), pierwotne ludy wierzyły w trzy różne bóstwa odpowiedzialne za trzy wymiary świata: bóstwo słońce – Intidz, które miało wpływ na planety oraz duchy przodków już nie żyjących, bóstwo ziema – Pacha Mama, która troszczyła się o wszystkich żyjących ludzi, zwierzęta, rośliny i wodę oraz bóstwo podziemię – Tio Supay odpowiedzialne za posiew, poczęcie dzieci (rozrodczość), potencje oraz przyszłość.

Kolonialiści oczywiście mocno oponowali takim wierzeniom i próbowali wprowadzić chrześcijańskie zwyczaje oraz w nowy sposób interpretować zwyczaje tubylców. W związku z tym bóstwo słońce nazwali – Jezus, a bóstwo ziemię – Maryja. Tubylcy pytali więc o bóstwo podziemia i w odpowiedzi (chyba nie do końca przemyślanej) usłyszeli, że tam mieszka szatan –Diablo; i to wierzenie u bardzo prostych (niewykształconych) ludzi pokutuje do dzisiaj.

W związku z wyżej opisaną odpowiedzialnością bóstw przed przyjęciem chrześcijaństwa, wielu ochrzczonych Boliwijczyków do dzisiaj idzie do Jezusa z prośbami, z którymi przed chrześcijaństwem zwracano się do bóstwa słońca. Podobnie jest z odpowiedzialnością bóstwa ziemi, która teraz spoczywa na Maryi, Matce Jezusa. To nie byłoby jeszcze takie złe; można powiedzieć, że w dwóch pierwszych przypadakach doszło do ochrzczenia zwyczajów pogańskich, ale najgorszym jest fakt, że wielu ludzi nadal (na swój sposób) wierzy w bóstwo podziemia – co wiąże się przecież (nie wypowiadając nawet tego głośno) z jakąś formą czci szatana… .

Kościół katolicki w Boliwii od lat próbuje delikatnie korygować zwyczaje, które są sprzeczne z nauką i tradycją chrześcijańską, lub są gdzieś na pograniczu, i w związku z tym wprowadzają zamęt w sumieniach ludzi. Dużo uwagi w tym względzie poświęca się na lekcjach katechezy wśród dzieci i młodzieży; jest mała nadzieja, że dopiero przyszłe pokolenia mogą stopniowo odchodzić od niepoprawnych zwyczajów, które wkradły się w życie boliwijskich chrześcijan.

Serdecznie pozdrawiam zapewniając o mojej modlitwie… .

O. Adam Filas, OMI

cdn.

Mira Szaflarska, MAMI – Szczęść Boże Przyjacielu Misji Oblackich,

By | Testimonials

Jestem jedną z tych, których religijność kształtowali księża diecezjalni… moja rodzinna i okoliczne parafie prowadzone były przez wychowanków diecezji przemyskiej z nieodżałowanej pamięci ks. Biskupem Ignacym Tokarczukiem. We wdzięcznej pamięci zachowuję postać mojego proboszcza, ks. Prałata K. Chimiaka, który udzielił mi pierwszych sakramentów i ks. Kanonika T. Owsiaka, którego postawa i posługa zaszczepiły we mnie bezwzględny szacunek do duchowieństwa.
Ksieży zakonnych spotkałam juz jako studentka: oratoria salezjańskie, dominikanie i franciszkanie z krakowskich kosciolow…

Oblaci to moje emigracyjne “odkrycie”, a pierwszym był ś.p. O. Stanisław Bąk, razem z jego łamaną polszczyzną i ogromną miłością do Boga, Polski i Polonii. Jego pełna zapału walka o zachowanie kultury i wspólnoty narodowej. Utrafił mnie w samo serce, tak bardzo potrzebowalismy gdzieś tę swoją polskość pielęgnować. On nie tylko stworzył polską parafię św. Maximiliana, ale i ośrodki patriotyczne; Centrum Kultury i polską bibliotekę. Pamiętam, jak bardzo okazywał swoją wdzięczność ilekroć mu w tych dziełach pomagaliśmy… I tak przylgnęło serce do Oblatów, wdzięczne za stworzenie “małej ojczyzny” we wspólnocie z tymi, którym tej pozostawionej za oceanem – tak bardzo brakowalo…

Mijały lata i nadszedł pamiętny 1996. A wraz z nim do naszej parafii trafił O. Adam Filas, OMI. Można powiedzieć, że życie moje i mojej rodziny bardzo się zmieniło. Kosztem wielu wyrzeczeń, ale z ogromną radością uczyliśmy się dzielić. I za to chcę O. Adamowi podziękowac… . Teraz, z perspektywy lat, dokładniej i wyraźniej widzę ile w zamian otrzymalismy; niezasłużenie, po prostu Pan Bog obdarzyl nas z milosci. Zrobił to jak zwylke delikatnie, nas tylko “powołał” a poprzez osobę O. Adama – zaraził “Bożym szaleństwem”.

Czasem wydawało się nam, że musimy skoncentrować się tylko na budowaniu świątyni i wspólnoty wokół… ale nie, kolejny znak – O. Adam uważał, że im mniej mamy tym bardziej trzeba się dzielić. I tak uczył nas patrzenia poza bezpieczny horyzont; tam gdzie cierpią ludzie. Nie mają świątyni tak jak my, ale nie mają też chleba i wody. A my mamy dużo więcej. Czy potrafimy się podzielić?

Wizyty misjonarzy oblackich w naszej parafii to zawsze był czas rekolekcji. Czasem w samym środku lata. Opowiadali o swoich wspólnotach, a my nabieraliśmy nadziei i rosła nasza wdzięczność do Pana Boga. Dzisiaj mamy najpiękniejszą świątynię, którą co prawda ciągle spłacamy, ale już jest i służy nie tylko Poloni kanadyjskiej. Jak przystało na Dom Boży. Ale tym bardziej nie możemy zapomnieć o tych, którzy się gorzej mają. Modlimy sie za naszych misjonarzy ale chcemy również pomóc materialnie ich wspólnotom; aby mogli się cieszyć tak jak my. Aby następne pokolenie naszych braci i siostr z krajów misyjnych mogło wzrastać w warunkach godnych, z dostępem do wykształcenia. Aby mogli jak najszybciej uniezależnić się i zacząć pomagać innym.

Jednym z etapów budowania naszej wspólnoty było “Ojcaadamowe” zachwycenie św. Eugeniuszem de Mazenodem. Mówił o Nim jak o kimś bliskim i co nie jest bez znaczenia, z ogromna duma. Nie jak o kimś kto żył i zmarł wieki temu, ale jak o kimś kto w każdej chwili może nas zaskoczyć swoją wizytą… . Św. Eugeniusz sam zaznał życia emigranta, może dlatego Jego posłanie Ojców i Braci jest takie przekonywujące…???

Z ogromnym podziwem patrzę na zakonników, którzy zostawiają swoje utarte ścieżki, komfort życia wśród ludzi, którzy myślą tymi samymi kategoriami kulturowymi i idą z radością na drugi koniec świata, aby służyć najbiedniejszym. Rośnie przekonanie, że oblacka reguła musi być dla tych młodych ludzi żywa i bardzo fascynująca.

Adam Filas zaprosił moją rodzinę do szczególnej współpracy, pomagać misjom i misjonarzom. Dziękujemy Ojcu za ten zaszczyt, za zaufanie i wiarę w nas. Jesteśmy dumnymi parafianami wspólnoty pod wezwaniem św. Eugeniusza de Mazenoda. To wielki honor ale i zobowiązanie.
Jego zawołanie “Głosić Ewangelię ubogim posłał mnie Pan” kierowane jest dzisiaj również do nas, Przyjaciół Misji Oblackich.
Wierzę, że O. Adam Filas ma już gotowy plan na najblizsze 100 lat!
A my chcemy Mu w realizacji tego planu towarzyszyć, bo jak nauczal Największy z Polaków, św. Jan Paweł II “Kościół w swojej istocie jest misyjny… .”

Mira Szaflarska, MAMI
Brampton, Kanada

Misje Oblackie w Boliwii

By | Fr. Adam’s Activity

Drodzy Rodacy,

Odpowiadając na prośbę redakcji “Wiadomości”, aby w odcinkach posyłać moje obserwacje na temat Boliwii oraz życia ludzi wśród których przebywam do polonijnego tygodnika; spróbuję to zrobić na tyle, na ile mi czas pozwoli. W czasach, w których żyjemy o Boliwii i innych krajach misyjnych można poczytać w różnych źródłach, ja natomiast chcę dotknąć tych zagadnień, o których może trudno dowiedzieć się z internetu; trzeba tu trochę pożyć, zaobserwować, popytać… . Cochabamba (gdzie mieszkam) jest nazywana miastem wiecznej wiosny, jest czwartym co wielkości miastem położonym w środkowej Boliwii na poziomie 2, 558 metrów nad poziomem morza; otoczona pięknymi górami w paśmie Andów.

Przyleciałem do Boliwii na początku marca, więc dane mi było przeżyć tutaj święta Wielkiej Nocy i z tym związane uroczystości. Większość czasu świątecznego spędziłem poza Cochabambą w bardzo ubogich wioskach, gdzie pracują Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej. Główne centrum oblackie w regionie Cochabamby to wioska Villa Pagador, do której należą trzy misje dojazdowe. Ludzie, którzy tam żyją to tubylcy, ale także bardzo wielu tych, którzy z różnych powodów nie mogli znaleźć pracy w większych miasteczkach i skazani są na życie w skrajnie ubogich warunkach. Miejscowości, o których piszę położone są na górzystym terenie i w związku z tym, że miasto i prowincja nie mają lub nie chcą dać pieniędzy na budowę dróg i poprawę życia tubylców w tych biednych regionach, sytuacja w każdej dziedzinie życia jest tu dramatyczna.

Największym problemem, zresztą nie tylko w Boliwii, ale w całej Południowej Ameryce, a także w wielu krajach Afryki jest jak wiemy brak wody; czy też brak czystej wody do picia. Boliwia ma wodę, ale do niedawna była ona w rękach potężnych koncernów międzynarodowych, którzy w porozumieniu ze skorumpowanymi władzami państwa i poszczególnych prowincji przez lata wykorzystywali to bogactwo narodowe dla swoich korzyści, sprzedając wodę tak drogo, że większości tubylców nie było na nią stać. W roku 2000 mialy miejsce wielkie manifestacje w całej Boliwii, które paraliżowały życie ludzi przez trzy miesiące. Udało się! Ludzie zwyciężyli i zarządzanie wodą wróciło do rąk administracji państwowej. Cena wody spadła dramatycznie. W grudniu 2005 roku Boliwia wybrała nowego prezydenta; został nim – Evo Morales pochodzący z tubylczego, indiańskiego ugrupowania Aymara. Po raz pierwszy w historii Boliwii dokonała się tak wielka zmiana, która miała prowadzić ku lepszemu. Za rządów Evo wprowadzono do konstytucji kilka poprawek, dzięki którym ludziom nie tylko z ugrupowania prezydenta, ale z pozostałych 30 grup kulturowych (pielęgnujących swoje zwyczaje) stworzono trochę lepsze możliwości startu w życiu, dostępu do edukacji, oraz udziału w życiu politycznym i społecznym. Jedną z największych zmian po wyborze Evo, było przywrócenie kontroli nad bogatymi polami gazowymi administracji państwa. Niestety Evo Morales ma też ogromnie dużo przeciwników, którzy zarzucają mu czerpanie korzyści od organizacji i grup przestępczych oraz piękne słowa bez czynów, w które nadal wierzą jeszcze tylko ludzie z tubylczych ugrupowań. Ze smutkiem trzeba stwierdzić, że za rządów Evo korupcja ugruntowała się jeszcze bardziej. Do trzech największych ugrupowań w Boliwii należą: Quechuas, Aymaras i Guaranies.
Serdecznie pozdrawiam zapewniając o modlitwie za kanadyjską Polonię i proszę o zdrowaśkę za biednych ludzi w Boliwii oraz za misjonarzy, których pracą i poświęceniem jestem bardzo zbudowany…

O. Adam FILAS, OMI

cdn.

Aleksandra Kaszkur, MAMI – Drodzy Przyjaciele,

By | Testimonials

Kiedy nauczyłam się czytać, jednym z moich ulubionych autorów został Alfred Szklarski. Seria książek o przygodach Tomka pobudzała moją wyobraźnię, przenosiła w daleki i niebezpieczny świat. Chciałam być jak on, poznawać nowe kontynenty, nieznane kraje i mieszkających w nich ludzi. Żyli oni innym życiem, nieznanym, tajemniczym. Chciałam tam pojechać, poznać ich, nauczyć nowych rzeczy. Później trochę podrosłam, zrozumiałam, że to nie jest zadanie dla dziecka..

Dorosłam, ukończyłam szkołę pielęgniarską, mogłam coś dać z siebie… Byłam tam potrzebna! Byłam gotowa! Chciałam jechac! Niestety, jedynym sposobem jaki wtedy znalazłam był wyjazd z siostrami zakonnymi, po wstąpieniu do zakonu. Wiedziałam, że moim powołaniem jest założenie rodziny i macierzyństwo. Musiałam znowu zapomnieć o swoich marzeniach. Moje życie zaprowadziło mnie do Kanady. Tutaj wyszłam za mąż, urodziłam czwórkę dzieci.

Pochłonięta domem, wychowywaniem dzieci porzuciłam swój zawód, ale tęsknota pracy misyjnej ciągle tliła się na dnie mojego serca. .. Między innymi dlatego, że należymy do parafii,  którą opiekują się Misjonarze Oblaci Maryii Niepokalanej. Dzięki nim mieliśmy zapewnione wiadomości o tym jak wygląda życie w miejscach, w których oni prowadzą misje. Słyszeliśmy piękne świadectwa misjonarzy opowiadających nam o trudnościach dnia codziennego na dalekim gorącym Madagaskarze czy w mroźnych częściach Północnej Kanady.

Kiedyś mąż namówił mnie, aby zapisać się do Koła Przyjaciół Misji Oblackich. Minęło wiele lat… Niby płaciliśmy składki członkowskie, ale wiele z siebie nie dawaliśmy. Wciaż więcej potrzebni byliśmy własnym dzieciom. Więcej zaczęło się zmieniać w naszym życiu, dzieci stały się bardziej niezależne. Odważyłam się zadeklarować z pomocą dla MAMI. Nie mogę powiedzieć, że dziś przenoszę góry i zmieniam świat. Absolutnie nie! Nie wyjechałam też do Afryki i pewnie nigdy tam nie dotrę. Jednak kiedy nasza grupa misyjna sprzedaje pączki idę pomóc. Kiedy sprzedajemy ciasto też próbuje coś upiec. Kiedy mamy spotkania, idę. Może z wiekiem człowiek staje się troszkę dojrzalszy…

Zrozumiałam, że nie każdy jest stworzony do wielkich celów. Nie wszyscy muszą pracować w egzotycznych miejscach i w bezpośredni sposób pomagać potrzebującym. Wszyscy jednak możemy być misjonarzami poprzez robienie małych, drobnych, na pozór nieważnych, niepotrzebnych, rzeczy…

Z Bożą pomocą właśnie tak pomagamy tym którzy działają na misjach w naszym imieniu… Zbieramy fundusze, które im umożliwiają zakup żywności, lekarstw i innych potrzebnych rzeczy. Umożliwiają głoszenie Słowa Bożego i pozwalają pokazać dobroć naszego Ojca.

Marzenie moich dzieciecych lat spełniło się. Jestem misjonarką…! Mogę pomagać innym. Mogę pokazac własnym dzieciom, że warto czasem się troszkę poświęcić. Jestem misjonarką kiedy dzielę się swoim życiem z moimi kolorowymi przyjaciółmi. Można zrobić tak dużo nie opuszczając miejsca swojego zamieszkania. Żałuję tylko, że odkryłam to tak późno…!

Aleksandra Kaszkur, MAMI
Brampton, Kanada

Niech zmartwychwstaly Pan będzie uwielbiony!

By | Fr. Adam’s Activity

Chochabamba, Bolivia 30.03.2016

Niech zmartwychwstaly Pan będzie uwielbiony!

Dziekuje za okazywane serce i skladam najserdeczniejsze zyczenia z Cochabamby w Boliwii, gdzie kontynuuje mój urlop sabatyczny. Jestem wdzieczny z pamiec i modlitwe oraz za wszelkie dobro wyswiadczone na przestrzeni lat.

Od dwoch tygodni jestem w Boliwii, która jest piekna, ale bardzo biedna i niebezpieczna. Tutaj pozostane do konca maja uczac się j. hiszpanskiego. Ludzie jak wszedzie sa wspaniali. Niedziele Palmową oraz Wielki Tydzien przezywam na oblackich misjach, ktorych tu w Cochabambie mamy cztery. Ucze sie na Instytucie MaryKnoll, a mieszkam u ubogiej rodziny, u ktorej tez sie żywię. Rodzine wybral dla mnie zarzad Instytutu, a koszt mojego pobytu w tej rodzinie wynosi $12.00 dziennie. To jest ich szansa zarobienia na utrzymanie. Niestety nie czesto maja takich studentow; wiec kiedy maja, to bardzo sie cieszą.

Serdecznie Was pozdrawiam i zycze mocy i milosci od Zmartwychwstalego Chrystusa. Niech te swieta będą pełne pokoju i dobroci od ludzi i niech nas zapalą do jeszcze większej słuzby Bogu w bliznich.

Wesolych Swiat i radosnego Alleluja!

O. Adam, OMI

Teresa Janik, MAMI – Drodzy Przyjaciele,

By | Testimonials

Jak ja widzę swoją rolę w dotarciu z Ewangelią do najdalszych zakątków świata i pomocy najbardziej potrzebującym? Przede wszystkim poprzez moją modlitwę. Modlitwę za tych, którzy:

  • jeszcze Boga nie znają, aby dzięki oblackim misjom w świecie, i oni mogli Boga poznać
  • za tych, którzy są sceptyczni aby Go przyjąć, aby dostąpili łaski wiary
  • za tych którzy Mu uwierzyli, aby ich wiara stale się pogłębiała
  • za prześladowanych chrześcijan aby dzielnie bronili wiary w Chrystusa i przekazywali ją następnym pokoleniom

Tak wielu ludzi na świecie żyje w ekstrymalnie ubogich warunkach, podczas kiedy ja kupuję modne ubrania, lepsze sprzęty itd. Bieda jakiej ludzie doświadczają najczęściej nie jest ich wyborem, ale jest uwarunkowana systemem polityczno-ekonomicznym danego kraju lub życiową tragedia, jakiej doświadczyli. Poprzez wsparcie materialne, wielu z tych ludzi będzie mogło zjeść posiłek czy też polepszyć jutro swoich dzieci.

Pomoc materialna może przyjąć rożne formy; wyżeczenie się czegoś na rzecz wsparcia tych najbardziej potrzebujacych i konkretną dotację, jak również zaangażowanie w organizowanie akcji pomocy i zachęcanie innych ludzi do poparcia misyjnej działalności.

Niosąc pomoc innym, jesteśmy żywym świadectwem miłości Chrystusowej do drugiego człowieka, która przejawia się w konkretnych czynach.

Pan Bóg obdarzył mnie łaską życia w kraju demokratycznym i rozwiniętym ekonomicznie. Dał mi zdrowie i warunki bym mogła pracować i prosperować. Jakżesz niewdzięczne by było nie dzielić się owocami Jego darów… .

Teresa Janik, MAMI